niedziela, 23 listopada 2014

Rozdział 86 - Dziwna przepowiednia Madowe

Klik

Siódme piętro...
          Elyon zawiedziona, że jej ukochany nie może jej pomóc sama zabrała się do roboty. Musiała zabrać stąd Agnes, która wkrótce miała wypowiedzieć przepowiednię. Westchnęła, spojrzała na garstkę Śmierciożerców, trzy demony i Mroczne Elfy.
- Alastorze, Geandley zajmijcie się Śmierciożercami, a ja zajmę się resztą. Zgoda? - zwróciła się do obojga. Oboje skinęli głowami, po czym we troje ruszyli na przeciwników. Cała trójka byli dobrzy w pojedynkach, ale pokonanie demonów wymagało od Elyon dużo wysiłku i energii. Zresztą czuła iż Percy słabnie. Była z nim związana zaklęciami.
Pół godziny później...
          Alastor był wykończony walką ze Śmierciożercami. Klęczał na oba kolana niezdolny do jakiekolwiek ruchu. Geandley z wysiłku straciła przytomność, a Elyon ledwo trzymała się na nogach, ale nie poddawała się walcząc dzielnie i z całych sił jakie jej pozostały. W końcu ostatni elf padł na ziemię martwy. Gdy po kilku minutach Elyon odzyskała trochę więcej siły pomogła młodemu Hoofowi doprowadzić się do porządku, a ten obudził Geandley, jednak z Agnes nie było zbyt dobrze. Ledwo oddychała i drżała.
- Alastorze, Geandley chodźcie. Musimy zanieść waszą siostrę jak najdalej stąd. - oświadczyła.
- Gdzie ją zaniesiemy? Niema tu zbyt wiele bezpiecznych kryjówek. - zauważyła Geandley.
- Zaniesiemy ją na zakazane trzecie piętro... - oświadczyła. Oboje spojrzeli po sobie. Nie podobało im się ten pomysł, gdyż słyszeli trochę o tym piętrze. - ...Musimy się tylko spieszyć. - dodała. Młodzieniec wziął siostrę pod ramię, a Geandley wyczarowała nosze i położyli na nich Agnes. Następnie wraz z blondynką poszli na trzecie piętro, by tam skierować się do zakazanego korytarza.
          Gdy po piętnastu minutach dotarli na miejsce położyli młodą Hoofnę na sofie, którą chwilę wcześniej wyczarowała Elyon. Już miała iść ku ekranom, gdy nagle blondynka jęknęła i uklękła odruchowo na posadzkę na oba kolana. Lekko zakręciło jej się w głowie.
- Elyon, co ci jest? - spytał czarnowłosy.
- Percy... - wyszeptała. - ...Coś mu jest...! Pomóż mi się usadowić w krześle. - poprosiła. Ten tak zrobił. Usadowił kobietę w krześle przed ekranem, a ta spojrzała na niego. Zlokalizowała swego ukochanego na dziedzińcu. Zauważyła, że leżał na ziemi zakrwawiony. Spostrzegła, że jęczy i drży. Musiał najwyraźniej czymś dostać.
- Co mu jest? - spytała Geandley.
- Dostał silnym zaklęciem. Sądzę, że jest to piekielna magia i bardzo niebezpieczna, groźna, a przede wszystkim zabójcza dla śmiertelników. Ja oraz Percy i Noyle nie możemy umrzeć, gdyż rzuciłyśmy bardzo dawno temu pewne zaklęcie nieśmiertelności, a także napiliśmy się prawie tego samego eliksiru co Lily i James Potter, ale pewne składniki zostały zmienione i dodane. Jest to jedyny w swoim rodzaju eliksir. Uwarzyć go może jedynie osoba o czystym i szlachetnym sercu, a przede wszystkim w dobrej wierze. Mało tego minusem tego zaklęcia i eliksiru jest to, że trzeba połączyć je z inną osobą. W tym przypadku Percy pijąc go ja musiałam rzucić jednocześnie Zaklęcie Wiążące Dusze i Bliźniacze. To samo zaklęcie Percy rzucił na Voldemorta i Reginę, gdy mieli zaledwie kilka tygodni... - spojrzała w bok i jęknęła: - ...Och! - wyrwało jej się, gdy spojrzała na Agnes, która powoli podnosiła się do pozycji siedzącej. We troje patrzyli na rudą Hoofnę. Agnes wpatrywała się w tylko sobie znany jeden punkt. Alastor zbliżył się do siostry-bliźniaczki. Dotknął ją, ale natychmiast cofnął rękę czując żar wokół jej ciała, ale także iż młoda kobieta spojrzała na niego dziwnym, nieswoim i niewidzącym wzrokiem. Jej oczy mieniły się bardzo jasnym błękitem. Po chwili zaczęła recytować te oto słowa:
- Pełnia Błękitnego Księżyca zbliża się niemiłosiernie... - jej głos brzmiał monotonnie równie jak jej matki. - ...Oto rodzą się oni! Wybrańcy Losu i Przeznaczenia, którzy wkrótce zmienią losy ludzkości i pomogą Wybrańcowi w unicestwieniu największego zła! Przeznaczenie Czarnego Pana i Wybrańca Losu zapisane w gwiazdach nie ominęło ich! Dzieci zadecydują o losie świata! Wszystko zależy od tych, co urodzić mają ich... Podróżnik W Czasie i jego śmiertelny wróg także walkę toczą... Co spotka ich? Nikt nie wie... Niech zadecyduje ta, co nad Losem Przeznaczenia spełnia pieczę! - wyrecytowała i opadła na poduszki mdlejąc. Alastor popatrzył najpierw na siostrę-bliźniaczkę, a potem na Elyon. Była równie zaskoczona, ale spostrzegł w jej oczach też strach i zaniepokojenie. Bez słowa obróciła się ku ekranom i szukała czegoś na nich. W końcu odnalazła tego, czego szukała i zawołała.
- A niech mnie! - krzyknęła.
- Elyon, co się dzieje? - spytała Geandley.
- Dziewczyny zaczynają rodzić! Mary, Hermiona, Eleine i parę innych młodych kobiet zaczynają rodzić! Jest ich więcej niż pięcioro. - oświadczyła.
- "Więcej niż pięcioro"? Co to znaczy? - spytała Agnes, która już zdążyła się ocknąć z transu.
- Najwyraźniej Wybrańców Losu i Przeznaczenia będzie więcej niż pięć. Wśród nich będą Wybrańcy Pierścieni Wielkiej Piątki z dawnych lat. - objaśniła.
- Trzeba coś zrobić. Jakoś pomóc Percy'emu. - postanowiła Agnes.
- Też tak sądzę, ale pamiętajcie, że za niedługo będzie całkowita Pełnia Błękitnego Księżyca. Trzeba zgromadzić odpowiednią ilość osób nad jezioro, by rytuał mógł się dokonać i otworzyć Wrota. - oświadczyła Elyon.
- Nadal nie rozumiem co to za rytuał? - zastanawiał się Alastor.
- Trzeba unieszkodliwić Salvatore więżąc go w Pierścieniu Lorda Lordów, a potem ukryć Pierścień tak, by nikt go nie znalazł. Nikt, rozumiecie? NIKT! - zawołała w lekkiej panice.
- Więc co najpierw zrobimy? - spytała Geandley. Elyon spojrzała na zegarek. Nie mieli dużo czasu. Niespełna trzydzieści minut.
- Musicie mi pomóc. Macie... - podała im trzy kartki. - ...To są nazwiska i zdjęcia osób, które trzeba zaprowadzić w jedno miejsce, a dokładniej na dziedziniec Hogwartu. Gdy ich tam sprowadzicie ja w międzyczasie zaprowadzę Salvatore i Percy'ego w tamto miejsce. Na nikogo, kto jest na tej liście, nie może paść promień księżyca. Szczególnie tego. - objaśniła idąc ku wyjściu z komnaty.
- A co z Remusem? To przecież pełnia, a wtedy przemienia się w wilkołaka. - zauważyła Geandley.
- Wiem, że tak się dzieje, ale musicie wiedzieć, że w czasie takiego rodzaju pełni księżyca żadne stworzenie nie ulega transformacji. To święte wydarzenie i nic nie może temu przeszkodzić. Nawet walka z Salvatore czy z Voldemortem czy przemianę w magiczne stworzenia. Nic. - oświadczyła. Gdy wyszli na główny korytarz rozdzielili się. Każde szukało wyznaczonej przez Elyon osoby i prowadziło na dziedziniec.

~~*~~

          Jednak sama Elyon miała problem. Percy był ranny, więc ledwo widziała, a co dopiero mówić o chodzeniu i utrzymaniu równowagi. Była już na korytarzu prowadzącym na dziedziniec, gdy straciła równowagę i upadła. Spróbowała wziąć się w garść. Całą siłą woli podnosiła się do pozycji siedzącej, ale nie mogła chodzić, więc przesuwała się powoli ku środku dziedzińca. Gdy tam dotarła zobaczyła naprawdę nie codzienny widok. Percy leżący pośrodku dziedzińca u stóp Salvatore. Czarownik śmiał się otwarcie. Nieopodal zauważyła dwa ciała. W pewnym oddaleniu od siebie leżeli Harry i Tom II. Zauważyła lekkie ruchy klatki piersiowej u Harry'ego, więc jej ulżyło iż Riddle nie żył. Harry go pokonał. Odetchnęła z ulgą. Zbliżyła się do kolumny i obserwowała walkę przypominając sobie jednocześnie treść przepowiedni Agnes.

~~*~~

          Tymczasem Percy leżał po środku dziedzińca. Kilka metrów od niego stał Salvatore. Młodzieniec dostał naprawdę potężnym zaklęciem w tym kilkoma torturującymi. Nikt by nie przeżył takich zaklęć i klątw, ale nie on. Eliksir i zaklęcie robiły swoje. Oszukiwał śmierć. Nie żałował iż go wypił. Przynajmniej żył. Ledwo co prawda, ale żył. Spróbował wstać. Już stał na obu nogach, gdy znowu dostał zaklęciem, które spowodowało, że upadł, ale tym razem na jedno kolano. Oddychał ciężko.
- Pozwoliłem ci wstać? - rozległ się głos Domana. W tym momencie nagle – niespodziewanie z wejścia do zamku wyszła postać. Nikt by nie zwrócił na nią uwagi, gdyby nie to, że świeciła białym jaskrawym światłem. Dopiero, gdy stanęła w blasku księżyca mogli zobaczyć wyraźniej jej twarz. NIE DO WIARY! Była to MADOWE! - Druidka z wioski Białych Druidów! Stanęła ona pośrodku dziedzińca i uniosła się w górę na trzydzieści metrów, tak by każdy mógł ją dostrzec mimo ciemności nocy. Cała trójka wpatrywali się w nią jak zahipnotyzowani. Nagle-niespodziewanie zaczęła mówić do kogoś, kogo tylko ona widziała i jakby nie widziała owej trójki osób na dziedzińcu ani nikogo w Hogwarcie.
- To JA jestem Przeznaczeniem. To JA kreślę los ludzkości. To JA mówię jaką ścieżką mają podążać poszczególni ludzie. Ja i tylko JA. Jeśli pisana jest im wspólna przyszłość, to nic. Nikt tego nie zmieni prócz mnie. Uwierz. Jam jest Przeznaczeniem. Jam wybieram to, co dobre, a co złe. Jam jest Ścieżką Życia, którą podąża każde z was. Teraz ostrzegę was: "Nadchodzi dzień zagłady! Nic, co żyje nie skryje się! Miłością łączone, krwią naznaczone, śmiercią rozdzielone... Miecz o miecz uderzy! Różdżka z różdżką złączą się! I wnet poleje się krew! Dzieci Losu I Przeznaczenia urodzili się i pomogą Wybrańcowi w pokonaniu Mrocznego Lorda! Wystarczy, że uwierzycie we mnie" - jej głos roznosił się chyba po całym kraju, a może po całym świecie? Nagle – niespodziewanie dziewczyna zaczęła opadać.
- Madowe! - wrzasnął Percy. Machnął zamaszyście ręką wyczarowując dzięki mocy wiatru miękką chmurę, która po chwili opadła bezpiecznie na ziemię niedaleko nich, a druidka razem z nią. Percy już wstawał, by do niej podejść, gdy nagle Salvatore uderzył go w plecy. Upadł cicho jęcząc.
- Po co wstajesz, głupcze? Nie kazałem ci się ruszać! - zawołał. Percy patrzył na swojego wroga nienawistnym wzrokiem modląc się, aby ta gnida udławił się ogniem piekielnym. Oparł się na łokciach patrząc wciąż na niego spode łba z oburzeniem W tym momencie obaj usłyszeli jakiś ruch nieopodal nich. Spojrzeli w tamtą stronę. Obaj rozpoznali wstającą powoli postać. Nie była to ani Madowe, a tym bardziej Voldemort. To był...
- Harry!... - zawołał z ulgą Podróżnik W Czasie. - ...Harry, uważaj! - krzyknął nagle, gdyż Salvatore rzucił w Pottera bordowym promieniem – takim samym jak na wierzy północnej. Harry podniósł gwałtownie głowę ku nim i jak w transie wyciągnął dłoń ku niemu... zatrzymując ów promień! Odbił go ręką. Rykoszet z powrotem poleciał ku właścicielowi, który Ten poleciał do tyłu uderzając potylicą w kolumnę tracąc na chwilę orientację, a potem przytomność. Mieli chwilę czasu. Harry szedł wolnym krokiem ku Percy'emu nie zwracając uwagi na fakt, że ktoś rzuca w niego nieznanymi mu zaklęciami. Jakby od niechcenia odbijał je siłą woli od aury. W końcu, gdy stanął nad bratem uśmiechnął się do niego i wyciągnął ku niemu rękę.
- Nic ci nie jest, Percy? - spytał jakby nie swoim głosem.
- Nie... nic... - odparł, gdy ten pomógł mu wstać. Spojrzał na nieprzytomnego mężczyznę. - ...Jak to zrobiłeś? - spytał. Jednak Harry mu nie odpowiedział, bo ruch tuż za nim przykuł ich uwagę.
- Idź zobacz co Madowe. - powiedział tylko i skierował się ku czarownikowi, który już wstawał lekko wściekły.
- Harry, nie rób tego. On jest bardzo niebezpieczny. Nie lekceważ jego siły i mocy. Nie dasz mu rady. - próbował go przekonać Levender, jednak to nic nie dało. Harry już wyciągał różdżkę ku Salvatore i wymawiał pierwsze zaklęcia, a tamten je blokował i także rzucał w niego zaklęcia. Harry radził sobie całkiem nieźle.
       Nie wiadomo jak długo trwała walka, ale jedno było na plus: odciągał uwagę od Madowe i wyczarował w międzyczasie zaklęcie blokujące każdy rodzaj magii wokół murów szkoły, ale nie na jego terenach. Pary walczących na błoniach Hogwartu wciąż walczyli i nie zwracali uwagi na to, co przed chwilą się stało.